Stworzyła go potrzeba chwili, o czym interesującą relację opublikowała Mirosława Walicka ("Gdynia pejzaż sprzed lat"). Jest to relacja instruktorki harcerskiej Dżennet Dżabaggi Skibniewskiej (z rodziny Tatarów polskich), która we wrześniu 1939 r. była adiutantką Aurelii Łuszczkiewicz - komendantki Okręgu Nadmorskiego Przysposobienia Wojskowego Kobiet (okręg ten miał siedzibę przy ul. Zgoda, w tym samym domu, gdzie była Komenda Obrony Narodowej). "- 21 września zawiadomiły nas dziewczęta, wspaniałe gdyńskie harcerki, że na Oksywiu słychać jęki, że ludzie tam cierpią, wykrwawiają się, a nikt nie udziela pomocy. Niemiecki Czerwony Krzyż nie zajmuje się nimi, a Polskiego Niemcy nie dopuszczają. Postanowiłyśmy z komendantką Łuszczkiewicz i grupą starszych dziewcząt udać się tam, na pole oksywskiej bitwy. Wybrały się wbrew zarządzeniu, które zakazywało opuszczania mieszkań. Do Gdyni przyjechać miał właśnie Hitler. Szły dwójkami, w białych bluzkach, z opaskami Czerwonego Krzyża na rękawach, z torbami sanitarnymi. Nie zatrzymane dotarły do Babiego Dołu, widać Niemcy brali je za przedstawicielki niemieckiego Czerwonego Krzyża.
- Tego, co zobaczyłam na Oksywiu - nigdy nie zapomnę - opowiadała Dżennet. Pole usiane trupami, wałęsające się psy, ryczące bydło, zapłakane dzieci, rozpaczające kobiety. Po raz pierwszy w życiu zetknęłam się z takim okrucieństwem. Nie mogłam sobie wyobrazić, że człowiek człowieka może zostawić w takim stanie. Nie wolno mi było płakać, ponieważ patrzyły na mnie młodsze dziewczęta. I nie płakałam. Opatrywałyśmy żyjących, zbierałyśmy poległych. Dziewczęta pobiegły po łopaty, z pobliskich gospodarstw sprowadzono konie. Dźwigałyśmy rozkładające się ciała i ładowałyśmy na wozy. Nie wszyscy żołnierze mieli znaczki rozpoznawcze, zbierałyśmy więc listy i kartki, jakie mieli przy sobie. Były na nich przeważnie nazwiska piszących i adresy bliskich. Dostarczyłyśmy je potem rodzinom. Ostatnią pamiątkę po poległych najbliższych. Pamiętam list zaczynający się od słów: "Jadziu, już się z wami nie spotkam, wychowuj naszego syna na dobrego Polaka". Wszystkie te listy miały patetyczny ton. Ich autorzy wiedzieli, że zginą i chcieli przekazać w paru słowach swój testament. /.../ W pewnej chwili podszedł do nas esesman, a usłyszawszy, że mówimy po polsku, zaczął bić. Za chwilę mieli tu przybyć Hitler i Goering, umyślnie tak długo nie uprzątano pobojowiska, żeby wódz mógł nacieszyć oczy klęską polskich żołnierzy.
Wizytę przeczekały w prowizorycznym bunkrze koło szpitala w Babim Dole. W tym czasie kręcono film z pobojowiska. Przez parę dni chodziły jeszcze na Oksywie, zbierając poległych. 24 września Niemcy wypędzili je z Oksywia, przedtem pobiwszy dotkliwie. - Bili mnie po plecach, po nogach, do dziś mam bliznę na nodze. Reli zasypali oczy szkłem, przez długi czas nie widziała. Pobili także Alicję Wawrzyszko. Miały na wozie dużo trupów, które chciały pochować na cmentarzu witomińskim (grzebało się bez trumien, po prostu zwłoki zawijało się w płachty). Na Witomino ich nie wpuszczono, skierowały się ku Redłowu, skręciły w boczną drogę i tam, w lasku niedaleko morza grzebały poległych. W ten sposób kobiety z Obrony Wybrzeża zapoczątkowały cmentarz redłowski". Na tym zaimprowizowanym cmentarzu grzebano podczas wojny jeńców angielskich, francuskich, holenderskich, a jak wyglądała sytuacja po wojnie, wyjaśnia odezwa wydana przez prezydenta miasta Henryka Zakrzewskiego prawdopodobnie na początku kwietnia 1945 r. (daty na niej brak, dokument znajduje się w Wydziale Gospodarki Komunalnej UM Gdyni):
Odezwa
Wojna się skończyła - pozostały po niej bolesne sercu straty naszych najbliższych, pozostały tylko mogiły rozsiane wszędzie. Mogiły zaniedbane, bez krzyża, bez żadnego znaku - że leży tu żołnierz polski czy żołnierz radziecki: którzy w ofierze o wolność Polski oddali swe niejednokrotnie tak młode życie.
Dziś gdy społeczeństwo przystępuje do pracy nad odbudową naszego kraju, nie wolno nam zapominać o tych bezimiennych bohaterach, którzy dopomogli nam przetrwać te lata tak ciężkiej okupacji i doczekać się wolności. Tym właśnie poległym żołnierzom zawdzięczamy tak wiele - pamięć o nich w sercach naszych trwać będzie stale - ale i na zewnątrz okażmy swe uczucia przez stałą pielęgnację tych opuszczonych szarych mogił.
Pierwsze kroki na tym polu stawia Zarząd Miejski m. Gdyni organizując referat Grobownictwa Wojennego - który zwraca się do całego społeczeństwa o wzięcie współudziału w początkowych pracach - przez wskazywanie miejsc grobów żołnierzy polskich, czy żołnierzy Armii Czerwonej, samotnych lub zbiorowych, znajdujących się poza cmentarzami tutejszymi. Zgłoszenia należy kierować do najbliższego posterunku Milicji Obywatelskiej. Referat grobownictwa wojennego przy Zarządzie Miejskim w Gdyni, weźmie pod stałą opiekę owe groby - powoli likwidując pojedyncze mogiły, przeprowadzi ekshumacje na cmentarze wojenne dla poległych żołnierzy i oficerów zarówno Wojska Polskiego jak i Bratniej Armii Czerwonej.
Ówczesną sytuację przybliżają notatki służbowe:
Pierwsza zatytułowana "Sprawozdanie z grobów poległych w czasie walk o Gdynię w marcu 1945 r." (podpisu brak) brzmi:
"Dnia 6.7.45 r. przeprowadziłam wywiad z grabarzem Szpitala Miejskiego w Gdyni p. Lubnerem Teodorem, który mi wskazał szereg grobów na terenie ogrodu należącego do p. Szmitowej, tuż obok Szpitala Miejskiego.
1 grób po lewej stronie ogrodu, w grobie tym leży 70 osób, kobiety i mężczyźni różnej narodowości - Francuzi, Polacy, Rosjanie i Niemcy.
2 groby po prawej stronie od wejścia do ogrodu po jednej osobie nieznanej.
1 grób, w którym leży Niemka Irmgard Lindemann.
1 grób, w którym leży 48 osób przeważnie Polacy i Niemcy.
1 grób, w którym leży 50 osób różnej narodowości.
Groby te są zarośnięte, lecz nie zrównane z ziemią, na niektórych są krzyże bez napisów.
Poza tym znajduje się na terenie Szpitala Miejskiego jeszcze 1 grób bardzo dobrze utrzymany, na krzyżu napis "S.P.D. Wiśniewski".
P. Lubner wręczył mi listę, na której figuruje 29 nazwisk osób, które w tych grobach leżą, lecz nie wie, w którym".
Druga: "Groby przed Zarządem Miejskim m. Gdyni. Groby żołnierzy polskich poległych w 45 r. w ilości 9, niesymetrycznie ułożone, zaniedbane, należy jak najszybciej przeprowadzić ekshumację na cmentarz. Z boku od Alei Czołgistów 1 grób, żołnierz Armii Czerwonej, zaniedbany - należy przeprowadzić ekshumację (płytko pochowany)".
W udostępnionej przez Marię Janczewską-Kasztelan "Kronice Zieleni Miejskiej w Gdyni 1926-1986", opracowanej przez inż. Franciszka Greluka, mgr inż. Zofię Cozel i Gerarda Bohuckiego, zawarty jest następujący opis tego cmentarza:
"Cmentarz Redłowski o po w. 2 ha jest cmentarzem wojennym, zamkniętym. Zaprojektowany w 1946 roku przez mgr Barbarę Kaszycką i jej męża inż. arch. Czesława Kaszyckiego z pracowni urbanistycznej Urzędu Miejskiego w Gdyni. Realizacja projektu w terenie nastąpiła jeszcze tego samego 1946 roku. Prace czysto budowlane, murowe wykonane zostały przez Miejskie Przedsiębiorstwo Budowlane w Gdyni. Ukształtowanie terenu oraz roboty ogrodnicze, to praca Plantacji i Ogrodów Miejskich.
Masowa ekshumacja ciał żołnierzy polskich i radzieckich ze Skweru Kościuszki nastąpiła już w 1946 roku. Dalsze pojedyncze już pogrzeby ciał odbywały się jeszcze w latach 1947 i 1948. Były to ciała żołnierzy polskich i radzieckich, których mogiły odnajdywano jeszcze w różnych miejscach na peryferiach Gdyni. Mogił takich było jeszcze dość dużo, tak że całkowicie ekshumację zakończono dopiero w 1949 roku. Ogromne trudności nastręczała identyfikacja zwłok, odszukiwanie nazwiska i imienia zabitego żołnierza. Do tych spraw powołana została specjalne komórka administracyjna przy UM w Gdyni.
Całą powierzchnię cmentarza podzielono na dwie oddzielne strefy - kwatery żołnierzy polskich i radzieckich. Strona lewa od północy to kwatery żołnierzy radzieckich, prawa zaś południowa to miejsce mogił żołnierzy polskich. Zieleń ramową, tworzącą tło dla kwater, potraktowano kompozycyjnie jako jedną całość. Tuż przy kwaterze żołnierzy polskich przy murze centralnego placu od strony południowej, znajdowała się niewielka kwatera mogił żołnierzy innych narodowości. Były to mogiły żołnierzy francuskich, holenderskich i angielskich, którzy zginęli jako jeńcy w obozach niemieckich lub jako spadochroniarze. Mogiły te po pewnym czasie, poprzez konsulaty, zostały ekshumowane z Cmentarza Redłowskiego do swoich krajów. /.../
Cmentarz ten już dwukrotnie podlegał dość poważnej rekonstrukcji i modernizacji. W latach sześćdziesiątych, w rocznicę zwycięstwa, postawiono w centralnych punktach obu kwater pomniki oraz metalowe tablice z wyrytymi nazwiskami poległych żołnierzy. Był to hołd tym, co zginęli za naszą wolność. Autorem pomników oraz akcentów urbanistycznych, wykonanych z głazów kamiennych jest prof. Smolana z Akademii Sztuk Pięknych".
26 października 1946 r. pochowani tu zostali budowniczowie Gdyni
(opis pogrzebu w rozdziale "Piaśnica"), a 31 października 1946 r. płk Stanisław Dąbek i jego sześciu żołnierzy. Tak o tym pisał "Dziennik Bałtycki":
"Smutna ta uroczystość rozpoczęła się nabożeństwem żałobnym na Placu Grunwaldzkim przed ołtarzem, ustawionym na tle Kamiennej Góry, udekorowanym barwami narodowymi, stanęły samochody z trumnami. Obok, na wzniesieniu, ustawiły się poczty sztandarowe gdyńskich organizacji społecznych i związków, tuż przed ołtarzem miejsca zajęli przedstawiciele władz i wojska: prezydent Zakrzewski, kontradmirał Mohuczy, konsul Francji Deltour, dyr. Sokół, wiceprezydent Modliński i inni. Przed trumnami stanęły delegacje z wieńcami. Po nabożeństwie formuje się kondukt żałobny, który powoli kieruje się na cmentarz. /.../
To jest ostatnia droga płk Dąbka. Spełniając swój twardy, żołnierski obowiązek, poległ On w obronie Gdyni i Wybrzeża. Swoje bujne, żołnierskie życie zakończył w wirze walki, wśród huku armat i trzasku karabinów maszynowych. Prawy żołnierz i obywatel bez wahania złożył na ołtarzu Ojczyzny ofiarę swej krwi. Dziś, kiedy Gdynia znowu jest wolna i tętniąca życiem, płk Dąbek nie spiesząc się, ulicami tej samej Gdyni, dla której oddał swe życie - powoli podąża na wieczny spoczynek.
Na redłowskim cmentarzu Obrońców Wybrzeża następuje zakończenie uroczystości. Krótko po żołniersku pożegnała Gdynia swoich obrońców. Salwa karabinowa, modlitwa nad wspólnym grobem poległych, krótkie przemówienia i złożone wieńce - są tym hołdem, jaki społeczeństwo Wybrzeża złożyło Bohaterom. "Śmierć ich jest ceną naszej wolności"
- mówi w swoim przemówieniu ppłk Zaucha - "niech więc ich mogiły staną się dla nas trwałym przykładem ofiarności i bohaterstwa".
Poświęcenia cmentarza dokonano w rok później. 3 listopada 1947 r. pisał "Dziennik Bałtycki": Już kilka miesięcy temu termin poświęcenia Cmentarza Wojennego w Redłowie został wyznaczony na dzień Wszystkich Świętych, który wraz z Dniem Zadusznym obchodzimy po wojnie jako Święto Umarłych. Cmentarz nie jest jeszcze zupełnie wykończony, ale już dziś swymi monumentalnymi schodami, wielkimi płytami kamiennymi i amfiteatralnie wznoszącymi się kwaterami grobów, robi wrażenie imponujące. /.../ Władzę wojskową reprezentował komandor por. Mieszkowski, szef sztabu MW, Armię Czerwoną - płk Dobrodomienko, Związek Radziecki - wicekonsul Popów, Miejska Rada Narodowa m. Gdyni oraz Rada Związków Zawodowych stawiły się in corpore".