Pogrzeb ekshumowanych w Piaśnicy zwłok budowniczych Gdyni odbył się 26 października 1946 r. Następnego dnia "Dziennik Bałtycki" relacjonował:
"Wczorajszy poranek zastał Gdynię spowitą w żałobne barwy. Bodaj żadna jeszcze uroczystość nie była tu święcona z taką powagą i skupieniem, jak pogrzeb pomordowanych w Piaśnicy zakładników1.
Przed ołtarzem polowym na Placu Grunwaldzkim stanęły szeregiem samochody z trumnami. Wokół ołtarza i na stokach Kamiennej Góry zgromadziły się delegacje i poczty sztandarowe związków, partii, wszystkich organizacji społecznych, gdyńskich instytucji, młodzieży szkolnej oraz tłumy publiczności, która, pomimo dnia pracy, przybyła pożegnać ofiary bestialskiego mordu.
Na wzniesieniu przed ołtarzem zajęły miejsca rodziny pomordowanych oraz przedstawiciele władz miejscowych: prezydent Gdyni ob. Zakrzewski, kontradmirał Mohuczy, konsul Francji p. Deltour, przewodniczący MRN dr Teisseyre, wiceprezydentowie Modliński i Stolarek, przedstawiciele wojska, milicji, "Społem", sądownictwa i inni.
Przy dźwiękach żałobnego marsza ks. dziekan Miszewski odprawia mszę. "W mogile ciemnej spij na wieki" - intonuje chór.
Skupioną ciszę przerywa krótkie łkanie. To ktoś z rodzin ofiar piaśnickich. Fakt, że od śmierci najbliższych minęło już 7 lat, nie ma znaczenia. Ból okrutnego rozstania odzywa się z taką samą siłą.
Msza skończona. Olbrzymi kondukt rusza powoli z placu. Po drodze dołączają się doń liczni przechodnie. Skwer Kościuszki, wylot 10 Lutego i cała Świętojańska są zatłoczone ludźmi. Z obu stron ulicy, z wszystkich okien i balkonów gdynianie żegnają zakładników, którzy oddali życie za ich bezpieczeństwo.
Do konduktu przyłącza się Delegat Rządu inż. Kwiatkowski i dyr. Sokół, który w 1939 r. cudem uniknął losu chowanych dziś zakładników.
Po półtoragodzinnym powolnym marszu kondukt dociera do redłowskiego cmentarza Obrońców Wybrzeża. Świeże groby czekają na tych cywilów, którzy zginęli śmiercią równą żołnierskiej. Słusznie wybrano im miejsce obok żołnierzy. Długo trwa, zanim ramiona rodaków zaniosą 332 trumny i ustawią je wzdłuż dwóch dużych, wspólnych mogił3. Z głuchym odgłosem opadają trumny na dno dołów. Milkną dźwięki żałobnego marsza. Nad otwartymi grobami przemawia w imieniu miasta przewodniczący MRN dr Teisseyre. Mówiąc o zbrodni piaśnickiej podkreśla znaczenie ofiary gdyńskich zakładników. "Oni mają swoją cząstkę w walce i zwycięstwie. Pamięć o nich na zawsze pozostanie w historii naszego miasta". W imieniu Polskiego Związku Zachodniego przemawia ob. Skwarek, dziękując obecnym za wzięcie udziału w pogrzebie. - Tym, których dziś chowamy, nie dane było ujrzeć polskich sztandarów nad ich mogiłą. Nie doczekali wyzwolenia. Ale ginęli z imieniem Polski na ustach. W Piaśnicy pozostały jeszcze setki takich samych ofiar bestialstwa hitlerowskiego. Wszyscy oni są symbolem walki o wolność. Cześć ich pamięci. Trzykrotna salwa karabinowa suchym trzaskiem rozdarła powietrze. Taki sam trzask karabinów był ostatnim ziemskim głosem, jaki słyszały ofiary Piaśnicy. Na świeże mogiły posypały się wieńce i wiązanki kwiatów. Polanka redłowska opustoszała. Odeszły delegacje, publiczność, rodziny. Oni, piaśniccy zakładnicy, pozostali. I pozostaną na zawsze na straży Gdyni, którą tak ukochali".
Trzy dni przed pogrzebem na posiedzeniu Zarządu Miejskiego ustalono (protokół nr 43/46 z 23 października 1946):
"Zarząd Miejski po wysłuchaniu relacji ob. wiceprezydenta P. Stolarka w sprawie przeniesienia zwłok pomordowanych przez Niemców w Piaśnicy zakładników gdyńskich:
- że istnieje zamiar powstania specjalnego komitetu uczczenia ofiar hitleryzmu - gdynian
- że projektuje się wspólny pomnik - mauzoleum dla zakładników gdyńskich na cmentarzu w Redłowie
- że choć niektóre rodziny już same zabierają zwłoki, zamierza się wspólne pogrzebanie ich na jednym miejscu, wyróżnionym wspólnym pomnikiem
- że projektuje się zabrać tylko i przewieźć na cmentarz w Redłowie rozpoznanych, pozostawiając nierozpoznanych w Piaśnicy na miejscu
- że zachodzi wobec tego potrzeba zajęcia stanowiska przez Zarząd Miejski w tej sprawie uchwalił:
- upoważnić ob. prezydenta P. Stolarka do wzięcia udziału w komitecie z ramienia Zarządu Miejskiego i załatwienia wszystkich, wynikłych z tego tytułu potrzeb
- przeznaczyć potrzebne fundusze na część która przypadnie na Zarząd Miejski, według uznania wspomnianego komitetu.
Podpisał: nacz. Wydz. Ogólnego L. Lazarowicz"
Jeszcze w tym samym roku cała ta akcja została wstrzymana. W "Sprawozdaniu z powstania i działalności Komitetu Uczczenia Pamięci Poległych Obrońców Wybrzeża z lat 1939-1945" (na dokumencie brak daty) skierowanym do "Gdańskiego Urzędu Wojewódzkiego, Wydział Społeczno-Polityczny" napisano m.in.: "W październiku 1946 r. na skutek odkrycia masowych grobów w Piaśnicy -powołano do życia sekcje mające zadania wykonawcze: finansową, organizacyjną, sanitarno-ekshumacyjną i kościelną. Od dnia 25 X 46 przystąpiono do akcji identyfikowania i przewożenia zwłok na cmentarz w Redłowie, budowany z funduszów Referatu Grobownictwa Zarządu Miejskiego w Gdyni. Wobec przewidzianej dużej ilości zwłok (ok. 1200) zawarto umowę z zakładem pogrzebowym A. Staniaszek i Ska w Gdyni, celem dostarczenia potrzebnej ilości trumien po cenie 900 zł za sztukę. /.../ Na pokrycie należności wypuszczono w listopadzie 1946 roku za zezwoleniem Zarządu Miejskiego cegiełki pamiątkowe po zł 50 i 100 na ogólną sumę 3.346.300 zł. Akcja składkowa i rozsprzedaży cegiełek nie dała przewidzianych wyników, ponieważ zbiegła się w czasie z wpłatami na Daninę Narodową, następnie na Pomoc Zimową i zbiórkami oraz Daniną na rzecz powodzian. Wstrzymano dalszą akcję ekshumacyjną i na zebraniu Zarządu Komitetu uchwalono zwrócić się do Zarządu Miejskiego m. Gdyni o przejęcie reszty niewykorzystanych trumien, jak również o pomoc w spłaceniu pozostałego długu, ze względu na to, że Referat Grobownictwa otrzymał fundusze na cele ekshumacyjne i urządzenie cmentarza wojennego".
Z protokółów tych wyłaniają się sprawy do dziś nie wyjaśnione.
Zamierzano przenieść na cmentarz w Redłowie tylko gdynian i tylko tych, których zwłoki zostały rozpoznane - w tym celu zakupiono 1200 trumien. Przeniesiono 30 zwłok rozpoznanych osób, wśród nich kilka pochodziło z Gdańska i Wejherowa. Nierozpoznane szczątki umieszczono w trumnie "NN" i także pochowano na cmentarzu w Redłowie, tworząc symboliczny grób dla wszystkich pomordowanych gdynian.
Sprawą przeniesienia zwłok i "załatwienia wszystkich wynikłych z tego tytułu potrzeb" zająć się miał wiceprezydent Gdyni Piotr Stolarek. Tymczasem poza informacją, że kierowany przez niego komitet zwrócił się do Zarządu Miejskiego o przejęcie niewykorzystanych trumien i spłaty długów, brak innych śladów jego działalności.
Z czego wynikały te rozbieżności między przyjętym programem a realizacją? Czy organizatorzy domyślali się, co potem nastąpi i starali się zrobić co mogli dla pamięci zabitych?
Potem zaległa cisza. W tajemniczych okolicznościach przepadły przedmioty znalezione
przy zwłokach, na podstawie których rodziny rozpoznawały swoich bliskich. Na cmentarzu redłowskim znikł grób oznaczony literami "NN" (przywrócono go w latach dziewięćdziesiątych). Inicjatorom wzniesienia pomnika zamordowanym w Piaśnicy jeden z dostojników prowincjonalnych w Gdańsku powiedział: "Nie będziemy budować pomników sanacyjnym służalcom"4.
O zbrodni w Piaśnicy - pierwszym mordzie dokonanym na taką skalę5 w całej Europie - ukazały się jedynie dwie książki6 a i to wyłącznie dzięki zabiegom wejherowian7. Bo Gdynia była solą w oku zarówno Niemców, jak i komunistów. Powody niemieckiej nienawiści wyjaśnił Bolesław Kasprowicz, uczestnik ówczesnych zdarzeń. III Rzesza różnymi metodami próbowała nie dopuścić do budowy portu w Gdyni, w końcu wydała tzw. wojnę celną. "Wybuchła w 1925 roku, a jednym z posunięć, jakie zastosowała Rzesza było równoczesne wypowiedzenie narzuconej jej przez traktat wersalski tzw. konwencji genewskiej, zobowiązującej Niemcy do odbioru z obszarów przywróconych Polsce ustalonych kwot tranzytowych, w tym przede wszystkim węgla. Propaganda niemiecka zagrała w otwarte karty. "Frankfurten Allgemeine Zeitung" z 14 czerwca 1925 ogłosiło urbi et orbi: "Tak czy inaczej musi Polska wyjść z wojny celnej śmiertelnie ranna, a z jej krwią odpłyną jej siły, a wreszcie jej niepodległość" W świetle tego cynicznego wyznania czyn Kwiatkowskiego urasta do wielkiego historycznego zdarzenia, a jego dzieło - Gdynia - staje się zwycięskim kontruderzeniem już nie tylko w walce ekonomicznej i politycznej, lecz po prostu w walce o byt narodu we własnym państwie. Bez przesady można określić wybudowanie Gdyni jako zapory przeciwko próbom czwartego rozbioru Polski ze strony sąsiada zachodniego.
Niestety, wielu ludzi pozornie zorientowanych w roli i dokonaniach Kwiatkowskiego nie zdawało i nie zdaje sobie sprawy z całej grozy sytuacji, jaką stworzyła wojna celna. Kwiatkowski był w pełni świadom, że jeżeli nie zażegna się kryzysu węglowego, rozwinie się on w kryzys państwowy, ten zaś w klęskę narodową"8. Gdy w 1939 r. Niemcy zdobyli Gdynię, pierwszą rzeczą jaką zrobili, było aresztowanie i zamordowanie (w Piaśnicy i obozach koncentracyjnych) budowniczych Gdyni. I wcale się nie kryli, że czynią tak z zemsty. Mścili się za to, że twórcy portu i miasta wykuli Polsce okno na świat i pokrzyżowali im plany. Komunistom zaś ten sukces nie pasował do ideologii, zgodnie z którą najgorszym wrogiem Polski przedwojennej był obóz sanacyjny Józefa Piłsudskiego. A właśnie ten obóz doprowadził do realizacji tej najważniejszej dla Polski inwestycji. Udział mieszkańców w uroczystości pogrzebowej pokazał, że dobrze o tym pamiętają. Postanowili zabić tę pamięć i napisać własną historię tego okresu. "Każdy dzień pozostawania u władzy tej awanturniczej bandy targowiczan - sanacji i sprzymierzonej z nią reakcji polskiej - wydawał nasz kraj, nasze ziemie zachodnie, naszą niepodległość pod kuratelę odwiecznych wrogów Polski, junkiersko-imperialistycznej kliki hitlerowskiej" - mówił w 1954 r. Jan Depak, przewodniczący gdyńskiej Rady Miejskiej. Grunt pod te słowa przygotował Edward Puacz w wydanej w 1947 r. książce "Kosynierzy Gdyńscy".
Oto fragment: "W szeregach Kosynierów Gdyńskich uczucie [bezradności] łączyło się z pogardą dla wysoko usytuowanych dygnitarzy, którzy uciekając z Gdyni nie myśleli o obronie naszego morza, bo droższe było dla nich własne życie, aniżeli honor obrońców Polski nad Bałtykiem. Tego honoru wyrzekli się oni chętnie, pozostawiając bezbronny lud pomorski własnemu losowi". A pisał to wtedy, gdy przenoszono ciała "wysoko usytuowanych dygnitarzy" z Piaśnicy na cmentarz w Redłowie. Oszczerstwa te powtarzano potem przez prawie cały komunizm. Efekt? Budowniczowie Gdyni leżą na cmentarzu w Redłowie w kompletnym zapomnieniu. Oficjalne delegacje składają tu od czasu do czasu kwiaty, nieliczni pozostali członkowie ich rodzin przychodzą zapalić znicze i nie ma smutniejszego miejsca od tych opuszczonych mogił. Bo nawet we Wszystkich Świętych, gdy tłumy gdynian idą odwiedzać groby, ich omijają. Pamięć została zatarta i ludzie nie wiedzą, że przechodzą obojętnie obok swoich bohaterów. Nic także nie mówią napisy na ich grobach, tak są skąpe. No bo czego się można dowiedzieć z napisu: "Stanisław Łęgowski zakładnik". Jaki zakładnik, czyj? Pomijając fakt, że dyrektor Urzędu Morskiego nie został zamordowany jako zakładnik, lecz jako wróg III Rzeszy, to słowo nic już nikomu nie mówi. Zamordowani zostali 11 listopada, w Święto Niepodległości, celowo, aby bardziej bolało. I teraz, gdy znowu mamy to święto, powinno ono być ich dniem.
Krótka historia zbrodni (wypisy z "Piaśnicy" B. Bojarskiej).
"Akcja internowania ludności polskiej rozpoczęła się, zwłaszcza w Gdyni, bezpośrednio po wkroczeniu wojsk Wehrmachtu. Przeprowadzali ją wówczas żołnierze oraz funkcjonariusze jednostek SS i policji. W Gdyni - mieście liczącym około 120 tys. mieszkańców - internowano we wrześniu po kilka tysięcy osób dziennie. O liczbie internowanych informowały sprawozdania 16 oddziału operacyjnego policji bezpieczeństwa (Einsatzkommando 16) /.../ W sprawozdaniach tego oddziału z 15 września 1939 r. podano, że w dniu tym internowano aż 4 tys. osób, a w sprawozdaniu z 16 września, że liczba ich wzrosła do około 7 tys. jeśli nie liczyć 4 tys. osób ujętych przez Wehrmacht, a więc w sumie wynosiła tego dnia 11 tys. Internowania trwały do końca miesiąca. Po przebadaniu wszystkich - jak informowało jedno z ostatnich sprawozdań - zatrzymano 120 osób jako zakładników, poza tym 130 osób, których nazwiska znajdowały się w spisach gończych, oraz 2250 osób ujętych ze względów zapobiegawczych. /.../ Tysiące internowanych w pierwszych dniach okupacji gdynian więziono najpierw w kościołach, salach kinowych, kawiarniach, wreszcie na otwartych placach, oświetlonych nocą reflektorami samochodów, strzeżonych przez kordon wojska i policji. Pracowników Komisariatu Rządu, autonomicznego urzędu miasta Gdyni, skupiającego władzę zarządu miejskiego i starostwa grodzkiego, którzy po wkroczeniu Niemców przebywali w schronie gmachu Komisariatu, wyprowadzono popychając kolbami i bagnetami najpierw na plac nad torami, gdzie znajdowało się już kilkuset internowanych. Po ograbieniu ich z bagaży i przedmiotów podręcznych doprowadzono wszystkich do kościoła Najświętszej Marii Panny przy ul. Świętojańskiej, a część z braku miejsca wpędzono na plac, otoczony karabinami maszynowymi i czołgami, gdzie przetrzymywano ich 3 doby bez pożywienia.
Spośród kilkuset zakładników internowanych w kawiarni Fangrata przy Skwerze Kościuszki trzydziestu zwolniono w dniu 21 września z okazji wizyty Hitlera w Gdyni (na zaświadczeniu o zwolnieniu podkreślano właśnie te okazję). Pozostałych, po selekcji przeprowadzonej we wszystkich miejscach tymczasowego internowania, doprowadzono najpierw do gmachu Sądu Powiatowego przy Placu Konstytucji, stamtąd większość do obszernych zabudowań tzw. Etapu Emigracyjnego na Grabówku9 /.../ i dołączono do stuosobowej grupy zakładników zamkniętej na parterze i pozbawionej dostępu do innych aresztowanych. Niektórych przewieziono około 30 września do więzienia w Gdańsku przy ul. Strzeleckiej (wówczas Schiesstange), a po trzech tygodniach zgładzono w Piaśnicy. /.../ Inną drogę przeszli mieszkańcy dzielnicy Grabówek. Internowani w dniu zajęcia Gdyni, ustawieni w długim szeregu w pobliżu dworca byli przez kilka godzin gnębieni obelgami przez dozorujących Niemców, którzy zarzucali im udział w walkach kosynierów gdyńskich - ochotniczego oddziału obrońców Gdyni zorganizowanego właśnie na Grabówku. /.../ około godziny 14 wszystkich popędzono przez Witomino, Mały Kack, Sopot, Oliwę, Wrzeszcz do Gdańska. /.../ Następnego dnia większość internowanych skierowano na Westerplatte, gdzie zmuszono ich do uporządkowania pobojowiska, a po 12 dniach, tj. 27 września, uwięziono w koszarach w Nowym Porcie. Stamtąd rozesłano ich do prac rolnych, a po 4 tygodniach umieszczono w obozie koncentracyjnym w Stutthofie, w którym przebywała już grupa gdańszczan /.../ oraz innych, później aresztowanych mieszkańców Gdyni.
Około 20 października 1939 r. rozpoczęła się ponowna akcja aresztowań. Objęto nimi nie tylko tych, którzy zostali zwolnieni po tymczasowym internowaniu we wrześniu, ale także wielu innych. /.../ Wzywano ich na ogół do siedziby gestapo na Kamiennej Górze, skąd po przesłuchaniu i pobiciu doprowadzano również do Etapu Emigracyjnego./.../ Niektórzy mieszkańcy Gdyni skorzystali z krótkiego okresu wolności po pierwszym aresztowaniu i opuścili miasto, aby przetrwać wojnę na innych terenach. Inni, niestety, nie przeczuwając zbrodniczych zamiarów Niemców, pozostali na miejscu, mimo że mieli szansę ucieczki. Charakterystyczna była postawa sędziego Władysława Kiedrowskiego, któremu pozwolono warunkowo opuścić miejsce uwięzienia, aby pożegnał się z rodziną przed zapowiedzianym wywiezieniem z Gdyni. Nakłaniany przez najbliższych do ucieczki, wyrzekł się jej stanowczo, bo zapewnił wachmana, że wróci. Pierwsza faza aresztowań na terenie Gdyni trwała do końca listopada". Szereg urzędników kolejowych po krótkim przetrzymaniu w areszcie policyjnym przy ul. Starowiejskiej wywieziono do więzienia wejherowskiego, a stamtąd do Piaśnicy. W drugiej połowie listopada zamordowano także w Piaśnicy ponad 20 gdyńskich funkcjonariuszy Polskiej Policji Państwowej, biorących udział w walkach obronnych o Gdynię, wziętych do niewoli 19 września, następnie więzionych w Gdańsku i Pucku. /.../ Gdynia poniosła wielkie straty, wymordowano bowiem ludzi kierujących życiem publicznym, gospodarczym i kulturalnym, wyróżniających się doskonałym przygotowaniem zawodowym, zdolnościami, pracowitością".
1 Tak wtedy uważano. Późniejsze badania wykazały, że zakładnicy, których zażądali wkraczający do miasta Niemcy, zostali po kilkunastodniowym przetrzymywaniu zwolnieni. Wielu z nich aresztowano ponownie we wrześniu, październiku i - razem z innymi gdynianami wyszukanymi w oparciu o wcześniej przygotowaną listę. - zamordowano w Piaśnicy.
2 Według wszystkich innych źródeł trumien było 31.
3 Rowy były wspólne, ale mogiły nad każdą trumną uformowano oddzielnie.
4 T. Bolduan, Nie dali się złamać, Gdańsk 1996, s. 70
5 Dokonana w 1946 r. ekshumacja pozwoliła przyjąć szacunkowo, że w Piaśnicy zamordowano ok. 14 tys. osób. Niemiecki historyk Dieter Schenk, opierając się na dokumentacji z archiwów niemieckich, potwierdził te dane w swojej ostatniej książce, wydanej w 2000 r.
6 Poza tym są artykuły rozproszone w różnych publikacjach.
7 Władysław K. Sasinowski, Piaśnica 1939-1944, Wejherowo 1956; nakładem Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Ofiarom Piaśnicy w Wejherowie. Barbara Bojarska, Piaśnica. Miejsce martyrologii i pamięci, wyd. I, Wrocław 1978, wyd. II Gdańsk 1987, wyd. III Wejherowo 2001.
8 Bolesław Kasprowicz, Twórca Gdyni Eugeniusz Kwiatkowski i jego ludzie, "Nautologia" 1979, s. 3.
9 Bolesław Kasprowicz pisze w "Byłem juniorem", że gdy poszedł tam 9 października, w dzień przed swoim wyjazdem z Gdyni: "Siedziała tam nieomal cała gdyńska inteligencja: sędziowie, prokuratorzy, bankowcy, pracownicy Urzędu Morskiego, Urzędu Celnego i wielu innych".